Oszukać Przeznaczenie VOL1 – Marcin Traczyk
Jeśli miałbym użyć słowa, które zastąpiłoby tysiąc innych, na myśl przychodzi mi tylko jeden wyraz Marzenie. Dzika i przepiękna.Tajemnicza i szalenie niebezpieczna. Do dziś nieodkryta. Choć każdego roku mocno oblężona i przez dziesiątki lat bezmyślnie karana przez człowieka, w moich oczach do końca życia pozostanie tą jedną i jedyną.
Kto choć raz stanął nad jej brzegiem, wie doskonale o czym pisze. Jak pierwsza miłość. Mimo upływu lat, ilekroć o niej myślę, wracają młodzieńcze wspomnienia.
Nad brzegami rzeki spędziłem chyba całe swoje życie. To właśnie tu stawiałem swoje pierwsze kroki. Na początku wędkarskiej drogi, jako chłopiec, szukałem sensu swojego życia.
Wędkarstwo było dla mnie od zawsze czymś wyjątkowym. Napisałbym, że czymś innym, czego nie da się ubrać w słowa a co mamy głęboko w środku. Jeśli jesteś w tym miejscu, czytasz ten artykuł, to zakładam, że rozumiemy się bez słów.
Wisła do dziśpod kątem wędkarskim jest tematem długich rozmów. Choć spędziłem tu naprawdę wiele lat i wydawać by się mogło, że na jej temat mogę powiedzieć bardzo dużo to muszę Wam się przyznać, że dalej nie wiem nic.
Owszem. Wiele naprawdę przepięknych ryb udało mi się z niej wydłubać. Nie chodzi mi tylko o karpie, ale też o charakter rzeki, jej bieg itp.Zagadnienia zmieniają się każdego roku i Ci, którzy mają okazje być nad jej brzegami dosyć regularnie, zapewne potwierdzą moją tezę. Nad rzeką każdy rok jest inny.
Wyzwania lubiłem od zawsze. Ostatnie kilkadziesiąt lat spędziłem na bardzo trudnych technicznie zbiornikach. Wodach mocno wyeksploatowanych przez człowieka, ale jak się okazało, skrywającą w swoich odmętach perełki, które w każdym calu tworzyły niepowtarzalny klimat tego pięknego hobby. Każdy z Nas ma swój ulubiony styl wędkowania i ja taką właśnie karpiową drogą podążam do dnia dzisiejszego.
Lata bywały różne. Były momenty chwały, gdzie wszystko przychodziło jak za dotknięciem magicznej różdżki, ale też okresy obfitujące w trudniejsze chwile, które zapewne znacie z własnych doświadczeń.
Czy przez ostatnie 20lat miałem w tym wszystkim jakąś dłuższą przerwę? Nie pamiętam.
Żebyście mnie źle nie zrozumieli. Ja cały czas łowiłem i to więcej niż zazwyczaj, ale momentami jak robot. Bez żadnych uczuć wykonywałem zadania nie żywiąc do tej cudownej pasji żadnych uczuć. Wszystko co robiłem stało się czarno-białe. Bezpłciowe. Uczucie wygasło i gdzieś tam odeszło w zapomnienie.
Potężna karpiowa maszyna, która wciąga wszystko, co tylko stanie jej na drodze, pożarła i mnie. Fascynacja tym światem była tak przeogromna, że nie widziałem nic poza nim, ale też zacząłem go po trochu nienawidzić.
Dawno temu odbyłem fajną rozmowę z moim dobrym znajomym, który tworzył karpiową scenę w moim mieście i choć minęło od tego momentu kilka lat, do dziś często przytaczam jego słowa. Dotyczyła ona oczywiście ryb, ale też i spraw, które wtedy wydawały mi się błahe. Chodziło o rodzinę.
Ponieważ był to dla mnie okres rozkwitającej miłości, tok tej rozmowy zrozumiałem dopiero po wielu latach a pytanie jakie wtedy sobie zadałem mogę Wam przytoczyć właśnie dziś. Jak to? Przez karpie? Rozwód? Niemożliwe. Jak przez pasję,którą jest wędkarstwo, można się rozwieść. Stracić rodzinę. Stracić wszystko. Nie mogłem w to dosłownie uwierzyć . Po kilkunastu latach sam byłem w podobnym położeniu. Popłynąłem tak samo jak On i nie chciałem rezygnować z tego świata.
Choć mam fantastyczną żonę, która zawsze była moim najwierniejszym fanem i nigdy mi nie zabraniała robić tego co kocham, to sam stwierdziłem, że naprawdę pojawił się problem. Obserwując samego siebie, swoje zachowanie doszedłem do wniosku, że coś wymknęło się spod kontroli.
Całe moje życie było podporządkowane pod wędkarstwo. Dosłownie wszystko. Każdy dzień. Każdy miesiąc. Każdy rok. I tak dziesiątki lat. Bez opamiętania. Nie było dnia bym nie myślał o rybach. Niby byłem obecny ciałem w domu, spełniając się w roli ojca, męża, to myślami byłem już nad wodą analizowałem czynniki, które miały wpłynąć na sukces. Nawet zimą włączałem meteo i myślami wracałem do momentów najlepszych brań przytaczając najlepsze teksty o braniach.
Przez te wszystkie lata miałem setki ryb na łapach. Do dziś jeszcze posiadam zdjęcia, których nigdy nie upubliczniłem by po prostu chronić te ryby i wody,które mogły paść łupem kłusowników bądź zwyczajnie zostać przewiezione lub zabite. Na pytanie zadane tubylcom ’’Panie czy są tu ryby?’’ padała odpowiedz ‘’Panie tu przez lata nie widzieli karpi’’. Tyle mi było trzeba i takie perełki kręciły mnie najbardziej.
Wmawiałem sobie wielokrotnie, że mogę przestać łowić, zająć się czymś innym, mniej obciążającym czasowo,fizycznie i psychicznie, ale do dziś tego nie zrobiłem. Przyrzekałem sobie i żonie,że na chwile zrobię przerwę. Odpoczniemy.Ja i wszyscy dookoła.To mimo upływu lat się nie udało.
Moja pasja z pięknego hobby przerodziła się w naprawdę ciężką chorobę, która przez wiele lat zatruwała mój organizm, odciskając piękno na całej mojej rodzinie. Zwyczajnie głośno i dosadnie mogę użyć stwierdzenia, że wędkarstwo choć jest przepięknym i cudownym zajęciem to użyte w nadmiarze i nieodpowiedni sposób może narobić wiele bałaganu.
Do dziś, choć mało kto o tym wie, pozostały wspomnienia o spalonym garnku z kukurydzą czy zamykaniu auta lub mieszkania, gdzie klucze pozostawały w zamku, a ja zagoniony robiłem po trzy rzeczy naraz.Wszystko po to, by nic nie umknęło uwadze o rybach. Nie chce Wam opowiadać ile rzeczy się działo. Istna komedia.
Do dziś pamiętam jak po serii brań nad pewnym magicznym jeziorem wróciłem do domu. Latałem wtedy na służby. Po pracy jechałem nad wodę by posypać i wracałem do domu do dzieciaków. Lekcje z dziećmi, swój trening i gdy żona wieczorem wracała z pracy, cyk nad wodę, bo brały. Zresztą brały zawsze. Po którymś tygodniowym maratonie miałem wyjść tylko z psem. Żona poprosiła. I poszedłem. Jak zawsze. Kubek z kawą w rękę. Na około osiedla. Jak zawsze. Zadowolony. Bo brały, chociaż nie spałem 4 doby. Wracam do domu, a pies wita mnie ponownie w progu.. Kończyć Wam chyba nie muszę co robiłem i gdzie była moja głowa.
Przez lata przyzwyczaiłem się do bycia zombi. Do ciągłego niewyspania. Do stanu ciągłego poddenerwowania. Taka bomba z opóżnionym zapłonem, która na ciągłym zmęczeniu potrzebowała tylko bodźca. Ucieczka w sport. Ucieczka w moje kochane karpie była po trochu takim sposobem na chwilowe zapomnienie trudów służby. Na zwyczajne uporządkowanie myśli, by przetrwać w tym chorym świecie. Ogarnąć kolejny dzień i złożyć wszystko do kupy.Tak mi przynajmniej wtedy się wydawało i uparcie trzymałem się latami tej wersji.
Ale pobyt nad wodą i sport w pewnym momencie przestał rozwiązywać problemy i z czasem nawarstwiło się tego tak dużo, że zwyczajnie klęknąłem. Etapy rodzicielstwa choć pewnie normalne, bo mierzy się z nimi większość rodziców, urosły do takiego poziomu,że nie dałem już rady tak dłużej funkcjonować. Bomba eksplodowała..
Moje serce rozpadło się na miliony kawałków. Część z nich została nad wodą. Inna część została w mojej kochanej pracy, której poświęciłem praktycznie wszystko a jeszcze inna część uleciała sam już nie wiem dokąd. Etap bycia perfekcjonistą, że zawsze dawałem radę dobiegł końca.
Podsumowując to wszystko mój stan psychiczny na tamten moment sprawił, że przestałem normalnie funkcjonować. Gdy wydawało mi się, że mimo natłoku obowiązków zawsze świetnie dawałem sobie rade ,moja maska, którą od dawna wkładałem właśnie odpadła. Mój piękny świat runął jak mydlana bańka.
Nie chce Wam prawić morałów. Nie będę pisał mądrości życiowych lub dawał rad, ale na moim przykładzie chciałbym Wam pokazać na jak cienkiej linii balansujemy. Jak krucha jest to granica, która nas dzieli od zatracenia i może sprawić, że na tej granicy obłędu pozostaniemy, dopóki nie wydarzy się coś przerażającego, co spotkało właśnie mnie.
Nie chcę byście odebrali ten artykuł negatywnie, bo póki co nie wyobrażam sobie bym mógł robić coś w życiu piękniejszego czym jest dla mnie np. sport lub wędkarstwo, ale pierwszy raz w życiu stwierdziłem, że potrzebuje zwolnić i to namaksa.
Uporządkować myśli. Zwyczajnie odpocząć. Wielkimi krokami nadszedł w moim życiu czas dużych zmian a rzeka Wisła miała mi w tym wszystkim pomóc……………………………..
[RED SENSZYCIA.EU – A propos POMOCY
Marcin Traczyk – Koniec części pierwszej 😉
Co się stało z Moim Sensem ???
Co się stało z Moim Sensem ???Generalnie, aż wstyd się przyznać, ale jakoś w tym komercyjnym pędzie zapomniałem, iż ciąży nade mną coraz trudniej wypełniany obowiązek bycia sobą....
PIK……………
PIK……………Gdy byłem taki piękny i młody jak Wy, nad wodę jeździło się wyłącznie z miłości do wędkarstwa i kontaktu z rybą. Nie było takiej masy sprzętu, nie było czym się cieszyć...
Ocalić od zapomnienia………
Ocalić od zapomnienia………Wiosna tego roku nas lekko oszukała, co nie zmienia faktu, iż pognała wielu z nas nad wodę byśmy w końcu zrealizowali nasze zamrożone marzenia. Co z nimi...
Moje Miejsce – Mariusz Toruński
Moje Miejsce – Mariusz Toruńskiestem jak zakurzony człowiek w małym zakurzonym namiocie, pomyślałem kiedyś o sobie. Czasu na przemyślenia miałem aż nadto. Zaczęło się w nocy...
Przewrotny „Czynnik Szczęścia”
Przewrotny „Czynnik Szczęścia”Kiedyś to było niedopuszczalne. Wspaniała zasiadka, która zakończyła swój żywot wyłącznie na portalu komercyjnym. Można by pomyśleć, że nic...
Kadr z Sensownego Filmu
Kadr z Sensownego FilmuZnów piszę do was w Sensownym Kąciku i znów wracam myślami do czasów kiedy nie do pomyślenia było , że jakiś gość z księżyca o teoriach zakrawających na...
Wczesnowiosenny Marazm
Wczesnowiosenny MarazmWczesnowiosenny marazm wkradł się na łamy „Sensownego Kącika”. Pierwsze ryby na przysłowiowej „macie” a w duszy pustka. Niby cieszą , wręcz radują a coś nie...